Jesus is away on bussines.

W związku z tym, że sytuacja nabiera rozpędu i rozmachu, a nikt oficjalnie nie wydał żadnych oświadczeń formalizujących stan faktyczny, zapytam wprost: czy już jesteśmy monarchią? od dziś, 19 listopada 2016 roku?

Czytam o najbardziej pogańskim przedsięwzięciu legitymizowanym przez Episkopat Polski, które odbywa się w krakowskim Łagiewnikach i skoro w tym cyrku bierze udział Prezydent RP i znacząca część posłów, to chciałbym wiedzieć, czy właśnie zmieniamy ustrój tego kraju. Niech ktoś powie. Mamy króla? Nie mamy? Co z prezydentem, konstytucją, porządkiem prawnym? z kim spotka się Trump kiedy przyjedzie do Polski, bo obawiam się, że Jezus może być ciut zajęty.

Oczywiście zabawny jest fakt, że w jednym z najbardziej antysemickich krajów Europy, gdzie słowo Żyd ciągle jest uznawane za obelgę, za króla Rzeczypospolitej obiera się właśnie kogoś z Narodu Wybranego. Rzecz jasna ja doskonale zdaję sobie sprawę, że dla większości polskich katolików Jezus był prostym chłopakiem spod Częstochowy a nie żadnym Żydem ( tak, to słowo się pisze dużą literą), który na domiar złego mówił po aramejsku. Co więcej zabili go właśnie ci okropni i źli Żydzi, na spółę z masonami, więc jak Jezus mógłby być Żydem skoro, został przez Żydów zabity? Niedorzeczne!

Za ciekawy uznaję też fakt, że jak głosi popularny Apel Jasnogórski Polska ma już królową: „Maryjo Królowo Polski” brzmi inwokacja jak dzwon.

Mamy więc króla i królową, by sprawę bardziej zagmatwać, intronizowany właśnie Jezus jest synem królowej, która oficjalnie nie została w formalny sposób wprowadzona na tron, chyba, że za taką ceremonię przyjąć obchody Milenium Chrztu Polski, kiedy to kardynał Wyszyński Polskę Maryi „zawierzył” – cokolwiek to znaczy.

Ostatnią refleksją, która towarzyszy całej tej sytuacji to stosunek samego uwikłanego przez Episkopat i rządzących w tą całą hecę Jezusa. Mam takie wrażenie, że deklarował on pewną niechęć do podobnych przedsięwzięć, co da się dość szybko zweryfikować sięgając do stosownych źródeł – choćby J 18, 33b-37.

Rozumiem, że można pewne sprawy lekceważyć ale żeby tak zupełnie wbrew i na przekór wybierać, osadzać i wikłać w szereg formalnych obowiązków wynikających z pełnionych funkcji? Czy to wypada? Pytań mam naprawdę mnóstwo w tej sprawie.

Ja tylko mam nadzieję, że nie wynikną z tego żadne kłopoty i perturbacje dyplomatyczne.

I żeby się  to wszystko nie skończyło tak, że w poniedziałek w Słubicach będzie 37 stopni w cieniu.

PeKaPe

Jadę pociągiem na trasie znanej mi do bólu, spieszę się raczej bardziej niż nie i gdzieś w połowie trasy z interkomu słyszę komunikat..”Szanowni Państwo, przepraszamy za utrudnienia ale zmuszeni jesteśmy do nieplanowanego postoju w związku z tym, że pociąg się pali. O szacowanym opóźnieniu poinformujemy w kolejnym komunikacie.”

Wyglądam przez okno i faktycznie..stoimy w szczerym polu, z lokomotywy dym, żar i iskry.. a potem powoli, z mozołem i ociężale jedziemy 20, może 25 km płonącym pociągiem.

Ja naprawdę swoich przygód w pociągach nie wymyślam. To się dzieje naprawdę. PKP..kurrrrrrrrwa.

Konklawe

Wszyscy kardynałowie na konklawe. Czwarta tura. Słynny totalny impas. Patrzyłem na kardynała Bissoliera. Miał niewielkie szanse.. Znaliśmy się od dziecka, razem cierpieliśmy wszelkie możliwe udręki.Patrzyłem na wysokiego zgarbionego kardynała Spencera, mojego mentora, najlepiej kwalifikowanego kandydata. Wyglądał tak mądrze. Nigdy nie ufałem mądrości. Jestem pewien, że już układał w głowie pierwsze orędzie, może nawet pierwszą encyklikę.

Patrzyłem na nich. I patrzyłem. A potem się modliłem. Oto modlitwa którą mełłem w zębach: „Panie, nie obchodzi mnie jakimi środkami, dozwolonymi bądź nie, wszystko jedno..ani czy Duch Święty mnie oświeci czy nie. Nie obchodzi mnie czy Twoim zdaniem się nadaje, czy jestem outsiderem, czy mam marne szanse, czy uważasz, że jestem słaby, że jestem łajdakiem. Nie obchodzi mnie kochanie bliźniego jak siebie samego.Nigdy nie pokocham go jak siebie samego. Obchodzi mnie tylko jedno Panie..to, że ja, a nie inni mogę się Tobie przydać.”

Pomodliłem się znów. Mocniej, aż prawie się zesrałem. Musiałem wcisnąć dupę w fotel żeby nie zapaskudzić.Spojrzałem prosto na Bessaliera i pomyślałem: „Boże, nie jego. Mnie.” Na Spencera. „Boże, nie jego. Mnie.” Powtórzyłem to z tysiąc razy przed kolejnym głosowaniem niczym mantrę.

Nie jego. Mnie. Nie jego. Mnie. Nie jego. Mnie. A pod koniec: nie ich. MNIE.

A teraz jestem papieżem. Nie oni. Ja.

Siostra Mary nazwałaby to cudem. Inni odpowiedzią na modlitwę. Ale ja..nie wiem.

Zbieleli usłyszawszy moje wybrane imię a ja pławiłem się w ich strachu. Zaczęło do nich docierać kim jestem. bo na tym polegał ich ogromny błąd – wybrali papieża, którego nie znali i dziś zaczęli go rozumieć. To ich wielki grzech, sądzili, że znają tego, kogo wybrali.

Powiedziałem nowe imię: Pius XIII. I zapomnieli podziękować Bogu, bo uznali, że ich nie oświecił, a ja zapomniałem bo myślałem podobnie. Kochałem siebie bardziej, niż bliźniego, bardziej niż Boga. Wierzę tylko w siebie. Jestem Panem Wszechmogącym, Lenni oświeciłeś siebie. Kurrrwa.

 

poep2

 

 

 

 

 

 

Tune Yards

Dawno nic mnie tak mnie muzycznie nie poraziło. Muzyka niestety razi coraz mniej, albo staje się z wiekiem coraz bardziej otępiały albo za dużo już widziałem, słyszałem i wszystko już było, wszystko jest wtórne i ciężko się złapać za głowę i jęknąć wow, a łatwiej marudzić, że wszystko nie takie i nie tak.

A tu żeby było przyjemniej, to oprócz muzyki miazgą jest również to, co dzieje się w teledyskach – i wizualnie, i koncepcyjnie, i dzieciaki, i totalne wariactwo..Nikt tu niczego raczej nie udaje, takich rzeczy udawać się nie da. Lubię, dużo lubię.

I jak się zastanawiałem kto to robi, co to za stado wariatów się tak bawi, to mi gogle mówią, że nie stado, a jedna sztuka i jeszcze w dodatku w spódnicy. Z dyskretnym wsparciem technologii i basu.

 

 

 

A jak oglądam jak Merrill muzykę robi, – a podglądać na szczęście można – to przychodzi mi do głowy jedno nazwisko: Ze. Nie wiem czy ona o tym wie, że czerpie z jego pomysłów chochlą i to w dodatku kilka dekad po tym, jak Tom Ze w taki sposób się bawił. To nieważne, może nie wiedzieć. To działa.

 

Paradowska

Grzegorz Sroczyński: – Lubi pani swój głos?
Janina Paradowska: – Nie. Skrzekliwy, okropny. Czasem wprost mi to mówiono.

Kto?
Na przykład Anna Lutosławska, aktorka. Marzyłam o szkole teatralnej. Wytłumaczyła mi: „Jest dysproporcja między twoim wyglądem a głosem. Wygląd predestynuje cię do ról kobiet heroin, a głos – do ról komediowych. Trudno będzie ci znaleźć miejsce w zawodzie aktora”.

To właśnie jest ciekawie, jak coś się nie zgadza.
Może dzisiaj tak się myśli.

A wtedy?
Wtedy miało być porządnie i się zgadzać. Kochałam teatr. W młodzieżowym domu kultury w Krakowie grałam Marię Stuart, moim partnerem był Kazio Kaczor. Grałam też Florę w „Panu Geldhabie”. Wydawało mi się, że mam ogromny talent.

Wydawało się?
Może miałam, nie wiem, nie pamiętam. Umiałam na pamięć całego „Pana Tadeusza” i „Grażynę”: „Dopieroż drzewca ułożywszy w toku / Zewrą się bliżej, pierś na pierś uderzy. / Za cóż wydarła potomnemu oku / Noc i zwycięstwa, i klęski rycerzy?”. Do Teatru Słowackiego chodziłam po kilkanaście razy na to samo. „Śluby panieńskie” ze Stanisławem Zaczykiem i Ryszardem Pietruskim. „Orzeł dwugłowy” z Marią Malicką. Pietruski tak cudownie spadał z gigantycznych schodów. Człowiek marzył, żeby stanąć jak Malicka na scenie.

Człowiek marzył, ale na egzamin nie poszedł.
Nie.

Dlaczego?
Raz, że ten mój głos okropny. Dwa – mama nie chciała, bo to niepewny zawód.

Pani musiała słuchać mamy?
Musiałam być roztropna i pracowita. Od dziecka.

A skąd to?
Z domu. Biednie było.

Pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?
Babcia Apolonia śpi w szafie, bo już nigdzie nie było miejsca. Ogromną szafę wyściełało się kołdrą.

Pani gdzie spała?
Miałam oddzielną wersalkę koło pieca. Sześć osób mieszkało w pokoju z kuchnią. Ubikacja na półpiętrze, której się bałam, bo szczury biegały. Ojciec chorował na stwardnienie rozsiane, źle go leczono. Potem doszła białaczka. Zmarł, jak miałam 14 lat. Mama z przedwojenną małą maturą była rejestratorką w przychodni. I trzeba było wyżyć. Pracować. Brat wyjechał na studia, siostra uchodziła za chorowitą, a ja – od zawsze – za najmocniejszą w rodzinie. Więc miałam dużo obowiązków.

Jakich?
Najbardziej pamiętam guziki. Tysiące guzików, które przyszywałam do bluzek. Mama dorabiała pracą chałupniczą, szyjąc te bluzki. Do dziś nie znoszę szycia.

Co jeszcze?
Przynieść węgiel z piwnicy, rozpalić w piecu, pomóc przy obiedzie. Dziś nikt nie rozumie, że dzieci mogą mieć obowiązki. Wtedy to było oczywiste. No i lekcje. Człowiek musiał się dobrze uczyć, to też było naturalne. Czasem miewałam czwórkę, ale rzadko. Pracowitość. I tak już zostało.

Kiedy zajęła się pani polityką?
W 1989 roku. Większość peerelowskich dziennikarzy politycznych zniknęła, bo uważano, że są skompromitowani. Została pustynia. Było wolna przestrzeń, to w nią weszłam.

Co sprawia, że człowiek odnosi taki sukces?
Pracowitość.

I już?
Jeszcze przypadek. W 1990 roku wyjechałam na delegację do Brukseli, gdzie spotkałam Krzysztofa Turowskiego. Od lat był za granicą, słabo znał dziennikarzy w Polsce. A miał robić dla TVP „Godzinę szczerości”. Napatoczyła się Paradowska, to zaproponował jej występy w tym programie. Było tego ze sto odcinków. Jak się człowiek pokazuje w telewizji, to zaraz zostaje gwiazdą. Celebrytą. Nieważne, czy jest dobry, czy przeciętny. Moja kariera wciąż jest dla mnie zaskoczeniem, nie dowierzam temu.

Nie. Przecież pani musi pracować. Zawsze.
No może. W każdym razie wtedy zaczęła się bezsenność. Ale może gdyby ktoś mi dał placebo w takim samym opakowaniu, to też bym zasnęła. Nie walczę z tym. Tak jak nie walczę z paleniem. Bo papierosy mi smakują. Proszę, mam własną zamykaną popielniczkę, żeby nie rzucać petów na ulicę.

Paczka dziennie?
Więcej.

Dwie.
Troszkę mniej.

I na każdej jest napisane „Palenie zabija”. „Palenie powoduje raka”.
A co mnie to obchodzi? Grób mam załatwiony, obok Jurka. Zostanę skremowana – to też wiem.

Dlaczego skremowana?
Bo jak się idzie na grób skremowanej osoby, to człowiek sobie nie wyobraża, co jest w środku. Wie, że jest proch. A proch oznacza spokój.
Pierwszy mąż Tadeusz Stępień. Jaki był?
Piekielnie zdolny. Nigdy w życiu nie spotkałam człowieka obdarzonego taką łatwością pisania. Wręcz niewiarygodną. Był gwiazdą reportażu w „Kurierze Polskim”. Ja – praktykantką w dziale miejskim. I szalenie mi imponowało, że zainteresował się mną pierwszy reporter, do tego przystojny. A potem się zakochałam. Rozwiodłam go. Było parę lat fantastycznych i długie lata kompletnej degrengolady.

Alkohol. Inni wiedzieli.
Nie zorientowałam się od razu, bo wtedy powszechnie się piło. Starsi koledzy z „Kuriera” opowiadali, że kolumny do zatwierdzenia nosiło się redaktorom do knajpy. Wydawało się, że to norma. Przekleństwem Tadeusza był jego talent. Alkohol kompletnie nie przeszkadzał mu w pisaniu. Siadał pijany do maszyny i wychodził z tego świetny tekst. Wiedziałam, że to się musi źle skończyć. Jeden, drugi zawał. Jedna, druga terapia, na które chodziliśmy razem i nic to nie dawało. Żyłam w poczuciu tymczasowości całe lata, już nie miałam pomysłu, co robić.

Rozwieść się.
No jasne, łatwo się mówi. Nikt, kto nie był z alkoholikiem, nie zrozumie, jaka to jest zależność. I co się czuje, jak ktoś stoi pijany na parapecie i grozi, że skoczy. Trzeciego zawału nie przeżył. Koniec tematu, już nie chcę.

Jerzy Zimowski. Jaki był?
Wszystko pasowało. Wszystko. Miałam wrażenie, że w 45. roku życia spotkałam kogoś, kogo powinnam spotkać 20 lat wcześniej. Tylko zaszła jakaś cholerna, kosmiczna pomyłka i nie spotkałam. A przecież to było możliwe! Oboje byliśmy z Krakowa. On – rok starszy ode mnie. Studiowaliśmy na tej samej uczelni! Chodziliśmy do tych samych klubów i teatrów, wychowaliśmy się oboje na Piwnicy pod Baranami, na tych samych książkach. Czasem myślę, że to dobrze, żeśmy się nie poznali wtedy, na studiach. Bo może byśmy się wzajemnie nie obchodzili.

Nie.
A dookoła nas zmieniał się świat. Pierwsze lata wolnej Polski to był fantastyczny czas. I przeżyłam ten czas z fantastycznym człowiekiem. Wzięliśmy ślub. Nawet nie umiem mówić, jaka byłam szczęśliwa.

Umarł na pani oczach.
Na wakacjach w Odessie w czasie kąpieli w morzu. A przecież ani na chwilę nie spuściłam go z oczu. Tylko nagle głowa mu się dziwnie przechyliła. Zaczęłam krzyczeć, wyłowili go. Nie żył. Prawdopodobnie był to zator. Przed wejściem do wody zadał mi dziwne pytanie: „Czy ja się opaliłem?”. A nie mógł się opalić, oboje nie znosiliśmy słońca, siedzieliśmy cały czas pod ogromnym zadaszeniem. Może już wtedy źle się czuł, a ja to zbagatelizowałam…

Ale co znaczy „zbagatelizowałam”?
…w dodatku on się wahał, czy w ogóle się kąpać. To był ostatni dzień wakacji. „Idź, pewnie drugi raz tu nie przyjedziemy i będziesz żałować”. Może, jakbym powiedziała, żeby nie szedł…

Ale przecież…
Wie pan, to się tak łatwo mówi: „ale przecież”. Tyle że człowiek potem analizuje i musi sobie odpowiedzieć na takie pytania. I to będzie w człowieku siedzieć. Trudno. Trzeba z tym żyć.

Jak się podnieść po czymś takim?
Jak mi w dzieciństwie wmawiano, że jestem najsilniejsza w całej rodzinie, to w końcu w to uwierzyłam. Proszę bardzo, jestem silna.

Jest pani sama?
Sama. Mam rodzinę w Krakowie. Brata, siostrę, która po 30 latach wróciła z Kanady. Bratanków. Tyle że każdy żyje własnym życiem. I ja też żyję własnym. Mam bardzo dużo pracy.

Kłopot wracać do pustego mieszkania?
Już nie. Jak człowiek pracuje, to czuje zmęczenie. Lubię się porządnie zmęczyć. Wtedy myśl, że wieczorem wrócę do pustego mieszkania, zrobię sobie herbatę i wezmę książkę, jest myślą przyjemną. Gdybym miała tu siedzieć bezczynnie, wśród jego książek i płyt, zwariowałabym. Na szczęście dziennikarstwo to zawód, w którym nie przechodzi się na emeryturę.

Ale kierat męczy.
A co ja mam innego w życiu do roboty?

 

 

Janina Paradowska – 1942 -2016

Tekst pochodzi z Wysokich Obcasów Extra, wydanie z maja 2011 r.

%d bloggers like this: