Paradowska

Grzegorz Sroczyński: – Lubi pani swój głos?
Janina Paradowska: – Nie. Skrzekliwy, okropny. Czasem wprost mi to mówiono.

Kto?
Na przykład Anna Lutosławska, aktorka. Marzyłam o szkole teatralnej. Wytłumaczyła mi: „Jest dysproporcja między twoim wyglądem a głosem. Wygląd predestynuje cię do ról kobiet heroin, a głos – do ról komediowych. Trudno będzie ci znaleźć miejsce w zawodzie aktora”.

To właśnie jest ciekawie, jak coś się nie zgadza.
Może dzisiaj tak się myśli.

A wtedy?
Wtedy miało być porządnie i się zgadzać. Kochałam teatr. W młodzieżowym domu kultury w Krakowie grałam Marię Stuart, moim partnerem był Kazio Kaczor. Grałam też Florę w „Panu Geldhabie”. Wydawało mi się, że mam ogromny talent.

Wydawało się?
Może miałam, nie wiem, nie pamiętam. Umiałam na pamięć całego „Pana Tadeusza” i „Grażynę”: „Dopieroż drzewca ułożywszy w toku / Zewrą się bliżej, pierś na pierś uderzy. / Za cóż wydarła potomnemu oku / Noc i zwycięstwa, i klęski rycerzy?”. Do Teatru Słowackiego chodziłam po kilkanaście razy na to samo. „Śluby panieńskie” ze Stanisławem Zaczykiem i Ryszardem Pietruskim. „Orzeł dwugłowy” z Marią Malicką. Pietruski tak cudownie spadał z gigantycznych schodów. Człowiek marzył, żeby stanąć jak Malicka na scenie.

Człowiek marzył, ale na egzamin nie poszedł.
Nie.

Dlaczego?
Raz, że ten mój głos okropny. Dwa – mama nie chciała, bo to niepewny zawód.

Pani musiała słuchać mamy?
Musiałam być roztropna i pracowita. Od dziecka.

A skąd to?
Z domu. Biednie było.

Pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?
Babcia Apolonia śpi w szafie, bo już nigdzie nie było miejsca. Ogromną szafę wyściełało się kołdrą.

Pani gdzie spała?
Miałam oddzielną wersalkę koło pieca. Sześć osób mieszkało w pokoju z kuchnią. Ubikacja na półpiętrze, której się bałam, bo szczury biegały. Ojciec chorował na stwardnienie rozsiane, źle go leczono. Potem doszła białaczka. Zmarł, jak miałam 14 lat. Mama z przedwojenną małą maturą była rejestratorką w przychodni. I trzeba było wyżyć. Pracować. Brat wyjechał na studia, siostra uchodziła za chorowitą, a ja – od zawsze – za najmocniejszą w rodzinie. Więc miałam dużo obowiązków.

Jakich?
Najbardziej pamiętam guziki. Tysiące guzików, które przyszywałam do bluzek. Mama dorabiała pracą chałupniczą, szyjąc te bluzki. Do dziś nie znoszę szycia.

Co jeszcze?
Przynieść węgiel z piwnicy, rozpalić w piecu, pomóc przy obiedzie. Dziś nikt nie rozumie, że dzieci mogą mieć obowiązki. Wtedy to było oczywiste. No i lekcje. Człowiek musiał się dobrze uczyć, to też było naturalne. Czasem miewałam czwórkę, ale rzadko. Pracowitość. I tak już zostało.

Kiedy zajęła się pani polityką?
W 1989 roku. Większość peerelowskich dziennikarzy politycznych zniknęła, bo uważano, że są skompromitowani. Została pustynia. Było wolna przestrzeń, to w nią weszłam.

Co sprawia, że człowiek odnosi taki sukces?
Pracowitość.

I już?
Jeszcze przypadek. W 1990 roku wyjechałam na delegację do Brukseli, gdzie spotkałam Krzysztofa Turowskiego. Od lat był za granicą, słabo znał dziennikarzy w Polsce. A miał robić dla TVP „Godzinę szczerości”. Napatoczyła się Paradowska, to zaproponował jej występy w tym programie. Było tego ze sto odcinków. Jak się człowiek pokazuje w telewizji, to zaraz zostaje gwiazdą. Celebrytą. Nieważne, czy jest dobry, czy przeciętny. Moja kariera wciąż jest dla mnie zaskoczeniem, nie dowierzam temu.

Nie. Przecież pani musi pracować. Zawsze.
No może. W każdym razie wtedy zaczęła się bezsenność. Ale może gdyby ktoś mi dał placebo w takim samym opakowaniu, to też bym zasnęła. Nie walczę z tym. Tak jak nie walczę z paleniem. Bo papierosy mi smakują. Proszę, mam własną zamykaną popielniczkę, żeby nie rzucać petów na ulicę.

Paczka dziennie?
Więcej.

Dwie.
Troszkę mniej.

I na każdej jest napisane „Palenie zabija”. „Palenie powoduje raka”.
A co mnie to obchodzi? Grób mam załatwiony, obok Jurka. Zostanę skremowana – to też wiem.

Dlaczego skremowana?
Bo jak się idzie na grób skremowanej osoby, to człowiek sobie nie wyobraża, co jest w środku. Wie, że jest proch. A proch oznacza spokój.
Pierwszy mąż Tadeusz Stępień. Jaki był?
Piekielnie zdolny. Nigdy w życiu nie spotkałam człowieka obdarzonego taką łatwością pisania. Wręcz niewiarygodną. Był gwiazdą reportażu w „Kurierze Polskim”. Ja – praktykantką w dziale miejskim. I szalenie mi imponowało, że zainteresował się mną pierwszy reporter, do tego przystojny. A potem się zakochałam. Rozwiodłam go. Było parę lat fantastycznych i długie lata kompletnej degrengolady.

Alkohol. Inni wiedzieli.
Nie zorientowałam się od razu, bo wtedy powszechnie się piło. Starsi koledzy z „Kuriera” opowiadali, że kolumny do zatwierdzenia nosiło się redaktorom do knajpy. Wydawało się, że to norma. Przekleństwem Tadeusza był jego talent. Alkohol kompletnie nie przeszkadzał mu w pisaniu. Siadał pijany do maszyny i wychodził z tego świetny tekst. Wiedziałam, że to się musi źle skończyć. Jeden, drugi zawał. Jedna, druga terapia, na które chodziliśmy razem i nic to nie dawało. Żyłam w poczuciu tymczasowości całe lata, już nie miałam pomysłu, co robić.

Rozwieść się.
No jasne, łatwo się mówi. Nikt, kto nie był z alkoholikiem, nie zrozumie, jaka to jest zależność. I co się czuje, jak ktoś stoi pijany na parapecie i grozi, że skoczy. Trzeciego zawału nie przeżył. Koniec tematu, już nie chcę.

Jerzy Zimowski. Jaki był?
Wszystko pasowało. Wszystko. Miałam wrażenie, że w 45. roku życia spotkałam kogoś, kogo powinnam spotkać 20 lat wcześniej. Tylko zaszła jakaś cholerna, kosmiczna pomyłka i nie spotkałam. A przecież to było możliwe! Oboje byliśmy z Krakowa. On – rok starszy ode mnie. Studiowaliśmy na tej samej uczelni! Chodziliśmy do tych samych klubów i teatrów, wychowaliśmy się oboje na Piwnicy pod Baranami, na tych samych książkach. Czasem myślę, że to dobrze, żeśmy się nie poznali wtedy, na studiach. Bo może byśmy się wzajemnie nie obchodzili.

Nie.
A dookoła nas zmieniał się świat. Pierwsze lata wolnej Polski to był fantastyczny czas. I przeżyłam ten czas z fantastycznym człowiekiem. Wzięliśmy ślub. Nawet nie umiem mówić, jaka byłam szczęśliwa.

Umarł na pani oczach.
Na wakacjach w Odessie w czasie kąpieli w morzu. A przecież ani na chwilę nie spuściłam go z oczu. Tylko nagle głowa mu się dziwnie przechyliła. Zaczęłam krzyczeć, wyłowili go. Nie żył. Prawdopodobnie był to zator. Przed wejściem do wody zadał mi dziwne pytanie: „Czy ja się opaliłem?”. A nie mógł się opalić, oboje nie znosiliśmy słońca, siedzieliśmy cały czas pod ogromnym zadaszeniem. Może już wtedy źle się czuł, a ja to zbagatelizowałam…

Ale co znaczy „zbagatelizowałam”?
…w dodatku on się wahał, czy w ogóle się kąpać. To był ostatni dzień wakacji. „Idź, pewnie drugi raz tu nie przyjedziemy i będziesz żałować”. Może, jakbym powiedziała, żeby nie szedł…

Ale przecież…
Wie pan, to się tak łatwo mówi: „ale przecież”. Tyle że człowiek potem analizuje i musi sobie odpowiedzieć na takie pytania. I to będzie w człowieku siedzieć. Trudno. Trzeba z tym żyć.

Jak się podnieść po czymś takim?
Jak mi w dzieciństwie wmawiano, że jestem najsilniejsza w całej rodzinie, to w końcu w to uwierzyłam. Proszę bardzo, jestem silna.

Jest pani sama?
Sama. Mam rodzinę w Krakowie. Brata, siostrę, która po 30 latach wróciła z Kanady. Bratanków. Tyle że każdy żyje własnym życiem. I ja też żyję własnym. Mam bardzo dużo pracy.

Kłopot wracać do pustego mieszkania?
Już nie. Jak człowiek pracuje, to czuje zmęczenie. Lubię się porządnie zmęczyć. Wtedy myśl, że wieczorem wrócę do pustego mieszkania, zrobię sobie herbatę i wezmę książkę, jest myślą przyjemną. Gdybym miała tu siedzieć bezczynnie, wśród jego książek i płyt, zwariowałabym. Na szczęście dziennikarstwo to zawód, w którym nie przechodzi się na emeryturę.

Ale kierat męczy.
A co ja mam innego w życiu do roboty?

 

 

Janina Paradowska – 1942 -2016

Tekst pochodzi z Wysokich Obcasów Extra, wydanie z maja 2011 r.

Exit

Moja poranna post Brexit refleksja nad wyjątkowo gorzką dziś kawą, jest taka, ze równie dobrze moglibyśmy mieć Franxit, Swexit, Spainxit…może tylko Gerxit jest raczej nie do pomyślenia w tym momencie. Taki jest klimat i tendencja – kto ma odrobinę politycznego węchu, takie rzeczy musi wyczuć.  Oglądam pożegnalne przemówienie Davida Camerona sprzed Downing Street 10 i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten facet naprawdę nie rozumie, że plecie androny i referując powody o przystąpieniu do referendum jedynie pogrąża się jako polityk.

Jeśli dla politycznej zabawy (bo partyjne gierki w ramach Conservative Party to jest jednak forma zabawy) oddaje się chłopakom z UKIP pole i stawia się na ostrzu noża takie sprawy jak obecność GB w UE i jedność Zjednoczonego Królestwa, to niestety na kartach historii trudno być zapisanym inaczej jak krótkowzroczny nieudacznik, by nie powiedzieć frajer.

Jeśli za kumpla ma się faceta, którego polityczną wykładnią jest przede wszystkim jego własne ego i nie potrafi się go okiełznać w ramach partii,której jest się szefem, to o jakim przywództwie mówimy David?

Boris Johnson, gdyby mu obiecać za to to intratne stanowisko i nieustanną obecność w mediach, bez wahania rozpoczął by kampanię na rzecz wyjścia planety z Układu Słonecznego. A nuż da się coś na tym ugrać?

Jest miarą tego sukcesu – bo Brexit jest dla Johnsona ogromnym sukcesem – reakcja czekających na niego ludzi, gdy wychodził z z domu już po ogłoszeniu wyników referendum. I bez dwóch zdań, staną teraz Wyspy przed zadaniem, które w Polsce znamy już od co najmniej kilku lat.. jak rządzić krajem, który podzielony jest niemal na pół w kwestii spraw kluczowych i nadrzędnych

W końcu, gdy po wyjściu twego kraju z Unii, gratulacje składają Putin, Trump, Le Pen to wiedz, że coś się dzieje. I ciekaw jestem naprawdę, jak się szanowni Brexitowcy uporają z tematem wyjścia Szkocji spod znaku unii – tym razem nie Unii Europejskiej, lecz Union Jacka, bo kolejne referendum niepodległościowe odbędzie się zapewne w ciągu 2 lat i Szkocja, tego tematu nie odpuści, tym bardziej, że ma teraz cholernie mocny argument – chce być w UE.

Dla samego Camerona to referendum to klęska podwójna. Jako szef rządu i szef partii podjął ryzyko, zabawił się – będę się przy tym upierał: lekkomyślnie – w polityczny gambling..i przegrał z kretesem. Dwa lata temu, przy referendum w Szkocji jeszcze mu się udało. Tym razem już nie.

I nie dosyć, że przestaje być premierem to odchodzi z tego urzędu jako ten, który zachwiał zarówno europejskim porządkiem jak i równowagą na samych Wyspach. Strojenie dobrych min do kiepskiej gry stojąc na chodniku na Downing Street 10 w niczym już nie pomoże.
Przegrałeś David.
Epic fail.

W końcu – liczę na konsekwencję. Skoro wychodzimy z Europy, to na całego. Mam nadzieję, że w niedzielę Islandia sprawi Synom Albionu Brexit Bis.
Może być po rzutach karnych. Będzie mocniej bolało.

England – Slovakia

Uwielbiam angielską ligę, brytyjską kulturę kibicowania, angielskie kluby, mecze w Boxing Day. Lubię to jak na Wyspach w piłkę grają, jak piłkę pokazują, jak piłką potrafią się zachłysnąć. Od niepamiętnych czasów kibicuję Arsenalowi, każda moja wizyta na Wyspach ma w agendzie dyskretną wizytę na którymś z pobliskich stadionów, zaś w 1996 roku z wypiekami na twarzy trzymałem kciuki za Three Lions, cierpiąc, gdy dostali łomot w półfinale.

Mimo to, z perwersyjną przyjemnością oglądam każdą porażkę tej drużyny na każdej dużej imprezie od 1998 roku. Porażki po karnych w ćwierćfinale, łomoty w fazach grupowych, zawiedzione nadzieje po pudłowanych karnych. Uwielbiam to.

Mimo kilku lat spędzonych w ojczyźnie Williama Wallace’a absolutnie nie winiłbym za to Szkotów.Miałem to wcześniej, dużo wcześniej niż moja noga stanęła na szkockiej ziemi. Z bliżej nieokreślonych przyczyn i pomimo ewidentnej sympatii dla całego Imperium, naprawdę lubię gdy Anglia cierpi. Precyzując – cierpi na zielonej murawie.

Mniejsza zresztą o przyczyny – znalazłbym ich bez liku,no worries – bardziej chyba niż to dlaczego nie chcę widzieć Anglików w roli triumfatorów, niepokoi mnie chwila gdy to się w końcu stanie. To będzie naprawdę nie do zniesienia.

Dlatego dziś – szczerze licząc do ostatnich minut meczu, że Słowacy wcisną cudem bramkę  – z przyjemnością stwierdzam, że fajnie,że Anglikom udało się wyjść z grupy. Z drugiego miejsca. Za Walią.

Good job boys. Well done.

And good luck in quarter finals. Can’t wait to penalties..

 

Madrid

Bardzo ładnie.

4 minuty i 41 sekund na temat tego, czym jest lub może być futbol.

Lub jak to mowią Szkoci..fitba.

Emma

Byliśmy w sobotę ciut pijani, było miło i wesoło, chrześniak mój skończył 6 lat, zażeraliśmy się tortem Pavlovej a w tv hulała Eurowizja. A, że piliśmy i wygłupialiśmy się nieco, moja ulubiona O wyraziła kilka opinii na sprawy drugorzędne, które czasami są na tyle istotne, by się jednak o nie spierać.

Kto jest ładny. Kto jest brzydki. Kto jest fuj a kto najs. Takie tam, przy sobocie..

W gorączce dyskusji padło zdanie, które mi ciężko przełknąć.

„Emma Watson jest ohydna.”

Proponuję przeczytać to powoli.

Emma Watson.

Jest.

Ohydna.

emmawatson

Ta Emma Watson.

Oczywiście, ja rozumiem, ‚de gustibus..’ i tak dalej… Ale może jednak bez przesady.

Nie dosyć, że to małe jest mądre, nie dość, że ma dość ciekawie poukładane w głowie (proponuje sprawdzić czym się obecnie zajmuje i jakie ma wykształcenie panna Watson), nie dosyć, że co tu kryć, robi największą karierę z trójki bohaterów  serii o HP, zarówna na jak i poza ekranem.. to w dodatku nie jest ohydna.

Just is not.

 

 

 

 

 

 

 

%d bloggers like this: